Monday, January 29, 2007

/samo życie/

Czasem myślę, że amnezja by mi się przydała.
By jak dziecko od nowa stawiać kroczki w poczuciu, że jest się "tabula rasa".
By cieszyć się każdą, małą wygraną i nie przejmować się drobnym upadkiem i stłuczonym noskiem. I zacząć wiele rzeczy od nowa. A może by umieć je naprawić?
Każdy z nas przecież tworzy własne stronnice życia. Swój tom! A ja bym nowy rozdział nadać mu chciała.
I wyobrażam sobie to tak:
Kupuję bilet na dworcu. Ale on wyglada dość dziwnie, niestandardowo.
Mój jest z napisem "amnezja-podróż do neverland". Nie ma na nim wybitej daty, zniżki studenckiej, ani miejsca, do którego jadę. Jest tylko okropnie horrendalna cena i czas odjazdu.
No i peron, z którego ten odjazd mam.
I nawet paragonu nie ma, by w razie czego zareklamować podróż, jak się nie uda.
Stoję na peronie minut kilka a obok mnie ogromny bagaż. Ledwo co udźwignąć go mogłam.
Cała drżę z podekscytowania co też nadjedzie i co też ta podróż mi przyniesie.
I w głowie pustkę mam. I Zero pomysłu.
Tuptam z nogi na nogę, bo jeszcze uciec można..Tyle, że myślę sobie -ten bagaż za ciężki by zrobić odwrot. Zostaję! Za dużo się napociłam by go tu dotaszczyć.
Na tym samym peronie kilku takich jak ja jest. I przez myśl mi przechodzi" Czyżby Każdy czekał na ten sam pociag, co ja? hm..?
Nie pisze na szyldzie dokąd jedzie, więc trudno mi to ocenić .
Kukam więc by rozeznanie jakie zrobić. Szyja żyrafia mi się robi. I zaglądam przez ramię temu Panu, co obok mnie śiska spoconą ręką bilet z napisem: "odwyk- back to my life".
Widzę też Nastolatka zdenerwowanego jak ja. Więc pytam dokąd jedzie, a on świstek z napisem
"egzamin-studia międzywydziałowe" mi pokazuje.
Uuu, ciężko ci aniołku będzie, ale mówię to tylko sobie.
I nawet rodzina jakaś jest i pies.! Tabun ludzi.
Ale robi mi się lżej na ich widok, choć nie wiem sama czemu.
No więc stoi Pani koło 40stki. Pewnie Mama. Sucha, zestresowana ale zadbana. Coś czyta.
Och ja głupia książki nie wzięłam. Sama się karcę.
I obok niej- trójka dzieci. Bliźniaki, co się biją. Łobuzy! Strzeż Panie, żeby takich kiedyś nie mieć rozrabiaków. I mała dziewczynka, co obwarzanka przegryza. Sama bym coś chętnie wszamała myślę, bo stres ze mnie śniadanie już wydarł.
I w końcu Pana też widzę. Takiego, co się koło mamusinej spódnicy pelęta.
W szarościach ubrany, a piękny letni dzień jest.
To pewnie tato. Inaczej być nie może. Nie mogło! Może?
Trzyma on bilet rodzinny, ale ja nie widzę co na nim pisze.. Za daleko jestem. A szkoda.
Wtem gwizd pociagu. Serce niemal wytrzymać już z przerażenia nie może i mówię do siebie
samej: shut up!
Tyle, że chyba głośno to powiedziałam, bo się ludzie na mnie dziwnie popatrzyli.
Nadjechał. Mały, dziwny wręcz. Tylko z dwoma przedziałami.
Najwidoczniej nie wielu śmiałków nim podróżuje.
I za takie "małe COŚ" taką cenę zapłaciłam?! Złość mnie ogarnia.
Ale cóż, trzeba wsiadać, niepewnie dość samej sobie to mówię. Kolejka do wejścia się robi. Kulturalna. Nie to co zwykle, bo każdy jakby z obawą do niego wkracza.
O, i ktoś zwiał, tzn.nie wsiadł. Widziałam jak odchodzi.

...

Miły pan konduktor bilet każdemu by sprawdził i usadawił. I nie byłoby już odwrotu !
Bagaż pomogłby wtaszczyć.
Usadawiłabym się przy oknie, sama w przedziale. I jakoś by mi to nie przeszkadzało. Muzyka w tle by grała. To dobrze!
I patrzyłabym przez szybę już usadowiona, ilu takich jak ja wchodzi do środka. Ilu ludzi się
spóźni. A ilu stchórzy- odchodząc.
I zauważyłabym, że namnożyło się ich sporo. Tych wsiadających, jakby powychodzili niewiadomo skąd.
Oczy bym zamknęła by jakiś plan szybko zrobić i usłyszała po krótkiej chwilce, jak chłopiec wchodząć do mojego przedziału swym krzykiem się rozpycha i mówi: ja siedzę koło okna Remku, a ty tu obok niej tzn. mnie.
Popatrzyłabym na niego spode łba, brwi przy tym zmarszczyła i mruknęła pod nosem cholera!
Ta sama rodzina, którą na peronie przyuważyłam. Pięknie !
Nie wiem ile godzin jechać będę i tu oni. Eh!..
Za dobrze by było, tak w ciszy samej -bo pewnie i tak niechętnie bym pomyślała o nich sobie.
Wreszcie usadowiliby się i oni.
Pięć minut później tylko gwizd lokomotywy usłyszeć by można było i wykrzyczane przez
konduktora słowo: odjazd!
Ten Pan Zdzisiu (jak by się okazało po przedstawieniu) ścisnąłby żonę za rękę i zapytał
"czy sądzisz, że nam się uda Marysiu?"
A ona ze łzą w oku by mu odpowiedziała "Wierzę w to, dla dobra rodziny" .
Dzieciaki by się uspokoiły zajęte grą jakąś, a ja w końcu miałabym czas na zaburzoną przedtem
ich nadejściem kontemplację.
Tyle, że problem z ustaleniem na czym to ja skonczyłam pewnie bym miała.
No i dostrzegłabym w jej dłoni ten bilet z napisem " po zdradzie- ostatni ratunek".
I tak trwalibyśmy w ciszy, a pociąg pędził przed siebie i zatrzymywałby się tylko na
niektórych stacjach.
I minęłabym: odwyk, psychiatryk, klinikę porodową, uczelnie, na której egzamin
ten nastolatek miałby pisać. Stacja kościół nawet by była, bo para młodych by na niej
wysiadała.
I w końcu zobaczyłabym swoją stację z napisem : "amnezja- podróż do neverland"...
Wysiadłabym ze strachem w oczach , a razem ze mna i wielu takich .
I dalej już tylko "tabula rasa" bym była.
A życie samo by scenariusz pisało.


I cóż, wzdycham. Bo pięknie sobie tą podróż do neverlandu wymyśliłam.
Tak własnie móc ją przeżyć.
Tyle, że narazie to byłabym ja. Ta osoba co zwiała, tzn. nie wsiadła do pociągu.
A resztę po "..." umysł mój barwnie dopisał, pogdybując sobie przy tym troszkę.


myslę sobie:
/CZŁOwiek zwierzę- nie uciekając, spróbować powalczyć o swoje musi /

Sunday, January 28, 2007

...

DZIWNE, JAKIE ŻYCIE PROWADZI SIĘ W CUDZYCH SNACH...



Obudziałam się dziś z dziwnym wrażeniem jakbym przeżyła krótką, burzliwą historię swojego życia w cudzym ciele, w cydzym umyśle...tylko imię pozostało to samo.
I nieustannie o tym myślę. Gdy kawę piłam z rana. Teraz, gdy klikając w klawiaturę przechodzę klatka po klatce to, co pamiętam z wczorajszej nocy.
I szukam sensu tak naprawdę tego wszystkiego.
Czy wam też się to kiedyś zdażyło? Prowadzić własne życie w cudzych snach??
hm//
To tak, jakby wyjść bezkarnie z siebie i wtopić się w inną JA.
Poznać jej ŻYCIE.
Rozgościć się nawet w tym innym ciele i nawet polubić w tak krótkim czasie JĄ czyli tak na dobrą sprawę siebie..
Tyle, że zastanawiam się :czy to byłam JA ?
I potrząsam głową z niepewną dezaprobatą (coś jak moje eee.ee.). Bo przeciez JA jestem tu. A ONA tam, w cudzym śnie.
A jednak cudownie mi było, wiecie?
Poczuć, że mogę być inna..
Stać się na krótki czas NIĄ, inna JA ..




Saturday, January 27, 2007

...konformizm/nonkonformizm...

masz tu mocium panie..!

Stwierdzam, że ciężko pisze się bloga. Nie, żeby przemysleń brakowało bo te jakby ciągle napływają. Tyle, że nastawionym się jest często na :
Komentarze, te zza kotary blogowej zwłaszcza, jakby niesmiałe racji bytu poza zasięgiem gremium pozostać chciały..(A szkoda)
Gapiów, co styl twój oceniają. (Czuje się ich oddech na swym blogowym ramieniu)
Krytykantów, co w ramy osadzić chcą przyzwoitosci. (Bo i tacy "konstruktywni" się znajdują)
I wreszcie Dobrych duszków, co wspierają w tym raczkowaniu i nawet czasem aplauzują...

I w sumie, co się dziwić!
Wszystko to i wszystkie te postacie, barwne czy też szare, jakby w istnienie bloga są wkomponowane...
Sztuka dla samej sztuki istnieć przecie nie może, (choć to brutalne)
i tak samo myslę o blogach- każde pieprzniki odbiorców i swych znaleźć muszą...
i choć jako" pieprznikarka"- bo tak myslę o sobie- się z tym godzę, to jednak jakby to teatralnie nazwał " ta publika" rysuje jakis zakres tworzenia.
Nawet wtedy gdy nie chce być zauważalna, a twórca okrojony.
I wydawałoby się, że jest się ponad tym ...
-Z tą swoją wizją (pasją) pisania.
-Ekspresją wyrażania siebie
-Sposobem bycia (trudnym momentami do odgadnięcia) i
-Spostrzeżeniem swiata
/bo jak już dzis napisałam She "SWIAT JEST TAKI, JAKIM OPISAĆ GO UMIEMY/

A jednak był moment: gdy myslałam, że pewnych naleciałosci (niejasnych do zrozumienia ) w swym języku wyzbyć się muszę (dla dobra swego ocenzurować)
a dzis mój ty mocium panie,
Się okazało, że nie tylko ja tęsknie za pewną swą wylewnoscią i nutką porzuconego przez mnie ekshibicjonizmu jak widzę...

I to dzięki szprotce zza kotary blogowej :)


/ nie szukam potwierdzenia mój krzewco upadły,
w sile urosł ten owoc drzewny,
i plony piękne zbierać będzie/

fraternizować się nam zachciewa w dziwny "z prądem czasu" sposób

U Stasia czwartki u nas sobotnie twórcze dysputowanie na she blogu się odbywa..
tak się złożyło..

odsyłam zatem wszystkich czytujacych, kukających i komentujących do she "...to trust myself..."
cuda smieszne się tam dzieją i brzuchy nas już bolą:):)

c'est la vie!

Migrenę taką francuską dzis z rana dostałam od czytania pewnego kipciowego komentarza, co to niby tylko neta plug it in wystarczy by surfować w poszukiwaniu tłumaczenia francuszczyzny i cos na swoim bloczku po francusku skrobnąć aż muszę ...:)

Nawisem mówiąc, już widzę jak pani od francuskiego od tych postępowych herezji na przemian czerwienieje i purpurowa się robi.. ha ha

Ce n'est pas le comment mais le pourquoi de vivre, qui fait notre bonheur...

bonjour francais... ce n'est pas tout bien sur :)

tumanologia

dzis sobie uswiadomiłam, ażeby mieć bloga i w ogóle pisać te pieprzniki trzeba mieć podstawy tumanologii( od tumana bo tak to okresliłam..) o których to ja nic nie wiedziałam i zielononego pojecia nie mam dalej ..(trza na jakis kursik sie udać...) ha ha
A sadziłam, że tylko potrzeba pisania wystarczy.

Friday, January 26, 2007

lot AF051 < chicago-paryż-kraków>

Boniu to się naprawdę dzieje! JUPi:)
własnie potwierdziłam wylot telefonicznie!! W zasadzie robi się to 72 h przed odlotem
(tak wyczytałam na stronce AirFrance) ale tato w swej trosce o moje roztrzepanie i lajcik z jakim do tego wszytskiego przez radosci podchodzę -tak mnie pogonił w rozmowie telefonicznej, że w zasadzie to sama zbaraniałam i postanowiłam się upewnić czy aby to na pewno ja lecę..:)
No więc tak. Jak się już dodzwoniłam tzn. przeszłam przez sito tych wszystkich opcji tel. ( wcisnij 1 jak masz bilet , 2 jak nie masz, 3 jak ... i tak w nieskończenie tego było. A potem jeszcze podopcje do opcji .. szkoda gadać .W każdym razie trwało to sekund kilka.
Ale jak już wspólnie z automatem tel. doszłam do porozumienia to Pani zza słuchawki łamiącym językiem(fran.-ang.) ledwo odtworzyła moje imię cos a'la polski brzmiące.
Grzecznie poinformowała ile bagaży mogę mieć i podkresliła ILU kilogramowe (tak jakby mnie zniała) i w zasadzie to tym samym ograniczyła w planach.
Ale nic ! wisi mi to. Nie takie rzeczy robiło sie już w Londynie tzn. kombinowało z przewozem nadbagaży bez dopłaty:) he he
Bo najważniejsze, że jestem na liscie pasażerów:):) Jupi jej jej! I samej mi jakos od razu ulżyło! No i że siedzonko zaklepałam. Koło okna (może jeszcze jakie fotki z nieba się uda zrobić) . Lepiej przytulić się jakby co do okna, niż jakiegos " ktosia" obok...

COUNTING THE DAYS


Jest chyba taki moment przesycenia w każdej podróży, gdzie ma się ochotę w jednej sekundzie zwinąć manele i niemalże w tym, w czym się stoi (a mam piżamkę, ha ha ) wskoczyć do autobusu, samolotu, auta bądź Bóg wie jeszcze do czego. Byleby dłużej nie pozostać w m-cu, do którego już jawną niechęć się czuje...
bo już się pragnie być gdzie indziej,
bo jest się już niecierpliwym z tęsknoty za swoim życiem, rodziną, przyjaciółmi i m-cami, do których się przywykło.
I ma sie już prawie walizki spakowanie ( raczej upchane ) ha ha...
Nigdy nie sądziłam, że taka sentymentalna będę (do tej pory wyjazdy to był luzik dla mnie )
i że doczekam się tak szybko tych jednocyfrowych liczb w swym odliczaniu (a jest ich dzis 5! hurra hurra!)
I mysle, jeszcze tylko te 5 dni i goodbye wy Amerykanie, hello my Polacy
( choć w wyobraźni tak naprawdę to widzę już jedynkę:) A jednak: Wszystko sobie można wmówić, haha
I na tą mysl szybko lecących dni : koncert o 10 rano sobie własnie w myslach urzadziłam:)
taką swoją arię operową, gdzie w jednej osobie jestem orkiestrą, spiewaczką i dekoracją sceniczną. A mówią, że człowiek nie jest samowystarczalny ..he!

Ah, co za impreza mi w duszy własnie gra :):):)
bo sie już doczekać POWROTU NIE MOGĘ!!!
Tylko nie ma nikogo kto by szampana serwował... (jednak z tą samowystarczalnoscią to grubo przesadziłam..)

Monday, January 22, 2007

z archiwum..

Jedna z moich kum co sie Ania zowie tak mnie dzis rozbawila, ze kolejna kuma - She bedzie miec niezly ubaw jak to opowiem..

Sle Ani linka zeby poczytala te pieprzniki ... i dostaje taka wiadomosc :
--" jakie masz suuuuuper zdjecia na plazy, rewelacja ! tylko jakies strasznie jasne wlosy masz jak na ciebie - zrobilas sie na blondyne ". I taki "??? "na koncu walnela jakby pod rozwage wziela moj rzekomo nowy kolor...

Czytam to i tak se mysle : cztery bite miechy beze mnie no i namieszalo jej sie w glowie ..)
I odpisuje :
--misiu .... "she in me "to nie ja, ( tak samo jak ten blog, na ktorym rzekomo mnie widziala)
--To tylko moja kuma She z jej kolezanka ( wtedy mialam jeszcze nadzieje, ze moze mowi o tej brunetce na zdjeciu ( bo tu sie mogla pomylic, a z ta "blondi" to pewnie tylko zartowala ...)

Na co moj buc( Ania):
--ja wiem debilu maly ze nie ty, twojego przeczytalam, ale na tamtym she to sa zdjecia na plazy i na nich jestes ty, nie ??

Zalamka mysle!! Pomylic mnie z She ?? sorki She (i tak cie kocham) i pisze:
--hmm.?nie !
...to moja she ta blond i jej kolezanka asia ..

Ale to jeszcze nic bo zalamka nadchodzila! Otoz Ania odpisala tak :
--to twoja she?? to podobna do ciebie bardzo!!

Wzdycham i mysle tylko : kochana kuma Ania...:)


PS. A ty She sie nie smiej juz ....:)

dążenie ...

mam dzis od rana tak parszywy dzień, że nawet ciasto jabłkowe jakie upiekłam nie smakuje tak pysznie jak zwykle i myslałam już , że już nic nie ma na tą moją dzisiejszą chandrę... i nawet jakąs przeciwbólową myslałam wziąć..
A tu proszę! Mamucik otuchy- nie widząc nawet o tym -mi dodał.. .
I chcę się podzielić tymi słowani z tymi, którzy może jak i ja, czują się czasem : maluczcy! Oj czuję się dzis taką maluczka" niunią" bo i tak też mnie nazywają.

I choć nie są to słowa "do boju dziewczę" ani też żadne w stylu " choćby skały srały" jakie z Tysią dla kurażu przed egzaminem wymawiamy, to jednak ułatwiają mi pojmowanie pewnych rzeczy takimi jakimi są badź czasem powinny być...


"Nie szukaj tego co jest zbyt ciężkie, ani nie badaj co jest zbyt trudne dla Ciebie,
O tym rozmyślaj, co ci nakazane, bo rzeczy zakryte nie są Ci potrzebne,
Nie trudź się niepotrzebnie nad tym, co siły Twoje przechodzi,
Więcej nie zniesie rozum ludzki niż zostało Ci objawione".

/Mdr Syr 3,21-23/


PS. I już wiem dlaczego tą przeciwbólówkę zażyć mam ochotę - bo dażę czasem na upartego...

Kochany, Kochana...


Z dedykacją dla SHE...

niby przysiedli na tej samej ławeczce,
niby dotykiem dłoni się przywitali
i coż więcej można rzec gdy się na nich patrzy: hm..?
wzrokiem sie nawet spotkali....
raz może dwa! całkiem beznamiętnie...

tak długo na to czekali,
tyle liścików miłosnych naskrobali
a dziś ..jak nie swój ze swoim usiedli
i widać, że w swej zadumie pogrążeni- myślami ulecieli...

cisza choć się bardzo stara
upływu czasu zabić nie może...
bo słów dalej nikt nie wydobywa
patrzą, każdy w swoją stronę

szepczeć tyle by mu chciała
wystrojona na spotkanie
już o swicie przybiec miała
u fryzjera włos upięła
kawy łyk z wrażenia ledwo wzięła
teraz siedzi i nie wiedząc czemu -
jedyne co chce: to pójść do domu...

tak długo na to czekali,
tyle liścików miłosnych naskrobali
a dziś ..jak nie swój ze swoim usiedli

tak wiele chciał jej dać
dni za dniami zeszłym majem
na myśleniu o niej mu mijały!
przyszedł wcześniej poł godziny
szukał miejsca na czułe rozmowy.
teraz ciężko spojrzeć mu w jej oczy
bo nie wiedząc czemu-
jedyne co chce: to pójść do domu...

tak długo na to czekali,
tyle liścików miłosnych naskrobali
a dziś ..jak nie swój ze swoim usiedli

i rozstania kres czasu nadszedł
podnieśli niepewnie wzrok ku sobie..
jakby w podzięce za rozmowę,
rękę grzecznie podał w skłonie
to znak pożegnania- pomyśleli sobie.
komuś łezka się w oku zakręciła
i o chodnik w parku się obiła...
a przecież kochanym,kochaną nigdy nie była!

Saturday, January 20, 2007

kot co imienia nie ma...

Wstalam dzis z wielkim bolem glowy ..kolejna nocka nieprzespana i mysle sobie, ze miec niemowle przy tym co ja mam -JUNE to nie taka straszna rzecz jak ludzie mowia . W koncu zawsze moze byc cos gorszego - KOT, CO IMIENIA NIE MA...
Wiec z zaspanymi oczyma lece do pokoju June bo bazzer pipczy i ataku dostac idzie ( za pierwszym razem to myslalam, ze pociag tu mam za oknem i od razu przypomnial mi sie weekend na Słowacji gdzie rozlozeni wczasowicze , czyli MY - namioty mielismy niemalze kolo torów, ba! doslownie kolo torów! tak jakbysmy niby chlonac chcieli ten nienaturalny ryk przejezdzajacego pociagu..
Eh, pewnie teraz tylko waskie grono (3 osoby) wie o czym mowie..
Ale wracając do June bo troche odeszłam od teamtu..I co slysze- pain pill prosze...
Wiec kolejna wyprawa do kuchni (oczy dalej zamkniete-droge znam juz na pamiec) klne pod nosem. czlapie w papciach co same odlgos bliski rurze wsysajacej wydaja, jestem w kuchni i natrafiam na: Kota.
A kicia duza jest nie powiem (kiedys tu zdjecie tego mamuciego kota umieszcze) i jej zabki tez jak sie okazuje potrafia byc dosc duze i ostrre ( przekonalam sie w nocy) Godzina gdzies po 4 rano. Stoje tak w kuchni z pilla w jednej dloni, szklanka wody w drugiej (oczy juz niemalze wybrzuszone na maxa ze strachu) i mysle ja o ewakuacji a kicius o zapolowaniu na papcia ( dlugosc kotka : ok 60 cm jak sie rozlozy, waga: ta ciezkiego kalibru ok. 7 kg ) ...
Patrze kiciusiowi prosto w oczy ( na Discovery pokazywali, ze dziala to na rekiny jak chce sie je "zdominowac") ale niech nikt nie pyta o wiecej szczegolow bo wierzcie : moj kot niemalze na takiego ludojada wygladal wczoraj.
I modle sie zeby zadzialalo (tzn. zeby sobie odszedl jak juz go wzrokiem silniejsza pokonam)..
Ale nic, gdzie tam. Kot lebkiem przewraca jakby bitwe staczal (dalej patrzac na mnie) wydaje ten syk-ryk tygrysi ( i juz wiem cos o prehistorii tego kociaka) i nic, ani drgnie! Ostatkiem mojego przytomnego po 4 rano rozumu mysle sobie, ze jak to, co zaraz zrobie nie pomoze to juz tylko krzyk i szybki wskok na stol pozostanie.
Wiec otwieram buzie i mowie : ///jak sie zaraz pączek nie odsuniesz to cie tak odchudze, ze na 3 groszkach suchej karmy bedziesz jechal/// i dajecie wiare! kicia patrzyla tak jeszcze na mnie moze przez 3 sek. po czym odwrocila sie na piecie i poszla .. Triumfalna i juz wiedzaca , ze nie pojde spac :( w szurajacych papuciach- wyszlam z tej kuchni, czujac jakbym wlasnie swojego prywatnego rekina zdominowala. Wchodze do JUNE i slysze co : chrapanie... poszla spac.. gdy ja wojne o papcia w kuchni staczalam.. eh..

Monday, January 15, 2007

autoportret mnie samej...

Bardzo lubię herbatę zieloną i nie ma dla mnie znaczenia czy jest z aromatem, lisciasta, czy expresowa. A im rozmaitsza tym moje przywiązanie do rytuału codziennego rozkoszowania się nią -mam wrażenie- umacnia się .
Lubie tez dobrą kawę latte popołudniową godziną, gdy słońce jest tak wysoko, że czuć jego ciepły blask na całej twarzy, gdy siedzi się w jednym z krakowskich ogródkow. Slowo! zawsze znajdę wtedy czas by olbrzymią, długą lyżeczką zbierać resztkę osiadłego na krawędziach kubka- ubitego lekko mleka i by znaleźć na spodzie tego cuda ostatek syropu carmelowego..hmm. cudo! Z liquidów to jeszcze gorącą czekoladę. Późną jesienią, gdy zimny, ostry wiatr staje się zwłaszcza tą porą tak mocno wyczuwalny na policzku, iż trudno wtedy odgadnąć czy to wiatr czy zanurzone usta w kubku wypełnionym po brzegi gęstym trunkiem tak zarumieniły mą twarz.
Mało kto wie, że zdobyc mnie można lampką dobrego wina, bo lubię rozkoszować się nią w poczuciu bezpieczeństwa i męskiej adoracji. Moja kobiecosć wtedy dojrzewa jak to wino, które uprzednio zabutelkowane czekalo na dogodny moment by urzekać swym smakiem i wiekiem...
Chwila staje się wtedy magiczną, królewską celebracją a ja czuję się wyjątkowa! Eh, jak niewiele mi potrzeba:)
Długie, bezcelowe rozmowy to najlepszy eliksir na zły dzień, dla takiej gaduły jak ja:) Zwłaszcza takie o tym i owym, smiamtym i owantym, bo te głownie- mam wrażenie- są w stanie zaspokoić chęć poznania kim jest mój rozmówca. Bezcelowosć staje się zatem celem samym w sobie ( choć pewnie bezcelowosć maskuje i moje roztrzepanie).
Ostatnio książki mnie pochłaniają i internet (jak widać) i cieszy mnie fakt, że odnajduję cos, co mnie na dlużej zaciekawi i pozwoli przebrnąć od strony pierwszej do ostaniej ( przeważnie to ja czytać ksiażki zaczynałam od tyłu i jak mi się podobało zakończenie szłam do początku)
ten sposób dalej został gdy czytam gazety i magazyny.
Myslę, że jestem spontanem...decyzja w minutę podjęta? proszę bardzo! czy przemyslana? wczesniej czy później się okaże! Nie lubię filozofować, przygotowywać się do czegos długimi dniami, a na koncu przeżywać goryczki rozczarowanie bo cos umknęło mi sprzed nosa zanim zdażyłam to przeanalizować.
Skad to wynika?hmm.. może z hasła carpe diem? Bo nie z braku rozsądku, pod którym podszywają się wszyscy ci co prowadzą stateczne życie. Ludzie w bezpiecznej odległosci od spontanicznosci. To nie rozsadek, tylko obawa porażki nimi kieruje.
Tak mysle przynajmniej ja!
Lubię zmienną być i czy to źle? hm..? Powiem tak: bez tej cechy byłabym jak rybka bez wody.:)Ale mam wrażenie, że im bardziej swiadoma jestem cech jakie posiadam (w tym i tej ) tym w większej symbiozie żyć potrafię z samą sobą. Swiadomosć staje się moją potęgą!
Strzeżcie się panowie...ha ha
A propos was...
Co lubię w meżczyznach? tak naprawdę uczę się tego obcując z nimi! I chyba to najtrudniejsze pytanie jakie sobie zadałam? Bo czy ja znam meżczyznę w swoim życiu? (myslę o kims innym niż tato:)
Za meżczyzną stoi kobieta. A do tej pory nigdy nie myslałam o sobie jako kobiecie. Choć w sumie dumna jestem z tego, że staję się nią ( nie swiadczy o tym tylko fakt zaokrągleń tu i ówdzie, ale i smielsze wyrażanie : "jako kobieta sądzę to czy tamto") to jednak trudno mi tak naprawdę ocenić kiedy to chłopak a kiedy już mężczyzna?
hm? Moją dotychczasową relację z facetami okresliłabym raczej jako przeciętna z rzędu: dziewczyna -chłopak. Może tak. A na tym poziomie wystarczy: że jest miły, kulturalny i ładnie pachnie (prymitywnie prawda?).
Od relacji mężczyzna -kobieta oczekuje się czegos więcej. Więc co w nich lubię ?
...Ich niezłomnosć gdy wali się na głowę cały swiat. Oni mają wyprostowany żagiel (to chyba z siły ich charakteru wynika) gdy podejrzanie ja, mogłabym pograżyć się w swoim chaosie paniki. Oj tak, prawda!
Mowią, że tylko prawdziwa kobieta potrzebuje ramienia meżczyzny...
Więc czyżbym była taką 100%-tową ? hm...?
Co jeszcze w nich lubię? Odpornosć na stres, rzeczowosć i konkretnosć, zdecydowanie.
To moje własne pociągi seksualne. Taka mała fetyszystka ze mnie :) A te ich tyłeczki...O mamusiu! Prawie każdy z nich dostał taki gratisowo :)
Chyba w sumie w meżczyznach lubię wszystko to , czego mi brakuje jako kobiecie, badź jest w jakis niewyobrażalny sposób dla mnie (ah te kolejki po boskie nogi) mało wykształcone!
Cenie poczucie bezpieczeństwa i wyjątkowosci jakim potrafią (jak chcą) obdarzyć swe boginie czyli nas, kobietki...
Kwiaty??? tak mało razy dostałam kwiaty w swym życiu, że chyba nauczyłam się je traktować jak odswiętny mundurek. Wiecie- wkładam bo muszę! Tak traktuję kwiaty od meżczyzn: dają bo wypada! więc chyba totalnie mnie nie urzekają choć są miłe (jak się już pojawią)...
Zwłaszcza te nietuzinkowe, tzn. mało popularne doceniam! Te, jakby zdradzają, że darczyńca zastanowił się nad ich wyborem i względnie dopasował do obdarowanej osoby! A jak wszystkie wiemy: czas jaki nam poswięcacie panowie tak naprawdę nas urzeka.
Skąd taka refleksja? otoż wynika to z przekonania jakie mam, że meżczyzna działa pewnym mechanizmem jakby ich kto zaprogramował ) , a który my kobiety- już dawno rozszyfrowałysmy.
I tak: Roże dają gdy kochają, gdy są walentynki. Tulipany gdy są urodziny. Stokrotki gdy jest indywidualistą czyt. skąpcem. Lilie- tesciowej, mamie. Goździki -dzień kobiet.
I chyba to by było tyle o kwiatkach...szkoda, bo tak dużo mogą zdziałać:)
Kwiatoterapia panowie też istnieje:)
Ubóstwiam wytworne miejsca... chyba musiałam urodzić się na jakims królewskim dworze w poprzednim życiu ( i mam nadzieję, że nie jako słuząca, ha ha )
A może po prostu wynika to ze znaku zodiaku? Wiecie, wagą jestem! Bo restauracje, dobre drinki, jedzonko i muzyka są jak przefiltrowane powietrze dla mnie- balsamico!:)
I na koniec cos, co jest sliweczką na tym torciku o mnie: zakupy...! kocham kocham kocham....
A im więcej do zwiedzania sklepów tym większy usmiech na mej twarzy..
Eh, potrafię wyjsć po spódnicę i wrócić z dwiema parami butów, torebką i t-shirtem uhahana od ucha do ucha.. a o spódnicy ani widu ani słychu... cos zupełnie innego niż meżczyni. I znowu ma mysl mi przyszła ta ich konkretnosć:) eh.
Koniec uzewnętrzniania..na dzis już dosć duszę oczysciłam...

Sunday, January 14, 2007

poranek...

obudziłam się tego poranka z mysla, ze gdzies to wszystko co siedzi we mnie ulokowac trzeba... w glowie tyle tego jest ze ciezko to jakos uporzadkowac, pogrupowac i przelac na papier tak ot.. roztrzepanie moje wieksze jest niz skupienie i nie jeden ludzik to pewnie o mnie powie a tu zadanie nie liche- stworzyc to dla mej duszy uciechy. Cos w rodzaju: "non omnis moriar" w moim wlasnym malym swiatku... a on teraz wydaje sie byc wiekszy mam wrazenie ( przez bagaz doswiadczen) - i tak maly zarazem ( doslownie przez m-ce, w ktorym jestem). Otoz kochani na obczyznie jestem...I cos, co tylko krotka chwilka mialo byc- przerodzilo sie w dlugi czas wyczekiwania -na powrot do ziemi obiecanej. Hm...? Moj kraj -mysle z utesknieniem. I ta mysl mnie zaskakuje najbardziej. Czyzby Patriotyzm?
Jedno male rozczarowanie teraz przyszlo do mnie - brak znajomosci eksploatacji tego bloga czyni go marnym w swej szacie , literki bez znaczkow, na ktorych teraz mi najbardziej jak nigdy przedtem zalezy pojawic sie nie chca. Eh, akurat w momencie gdy krzyczec mi sie chce: " litwo ,ojczyzno moja ty jestes jak zdrowie". Witajcie...